Pin It

Nie mieszkam w luksusowej dzielnicy. Prawdę mówiąc to trudno to nawet nazwać dzielnicą – ot podrzędna ulica, przy której stoi dumnie od ponad 100 lat rozpadająca się kamienica. Ale nie o budynku chcę dziś napisać tylko o drodze, która to (choć zakwalifikowana jak mniemam do 154 kategorii dróg) doczekała się remontu.
Oczywiście nie wyobrażajcie sobie zrywania wszystkiego do gołej matki Ziemi i kładzenia nowego podkładu, asfaltu i malowania znaków poziomych… Nie no takie remonty to tylko na nowej autostradzie Katowice-Kraków… Moja biedna i zapomniana uliczka doczekała się renowacji w nieco mniejszym zakresie, ale cóż to były za prace!
Z jednej strony dziura na dziurze, koleiny, wertepy i cała masa wszystkiego co najgorsze. Z drugiej strony ONI – drogowcy. Walka zapowiadała się na krótką i wygraną w ciągu godziny, bo co to za problem do dziur nasypać żużlu, zalać smołą i przejechać walcem. Jeśli wydaje Wam się, że takich prac i szybkich łat widzieliście setki i nic Was już nie zaskoczy to macie rację – wydawało Wam się…

7:00 – wychodzę do sklepu po materiały do porannej konsumpcji i co widzę: jadą ONI. Ze „Stara” przerobionego na pomieszczenie socjalne wysypało się kilku postawnych mężczyzn w pomarańczowych ciuszkach. Na początku ulicy postawili znak A-14 „roboty drogowe” i kawałek biało-czerwonej deski blokującej jeden pas ruchu. Już to zapowiadało ubaw, choć nie wiem czy było do śmiechu kierowcom, którzy szewskiej pasji dostawali usiłując się dostać na moją piękną ulicę… Co więcej wjechać z drugiej strony nie mogli, bo przecznica sąsiadująca również była remontowana. Korek, trąbienie, pokazywanie sobie gestów powszechnie uważanych za obraźliwe – ot co Cię może spotkać w drodze do pracy. Ale do rzeczy.
7:15 – wracam ze sklepu. Patrzę i widzę: 5 chłopa stoi przy samochodzie. Dwóch z nich je bułki zawinięte w papier śniadaniowy. Dwóch pije coś gorącego – pewnie poranna kawa. Jeden pije zbójnicką Tatrę żółtą. Cóż, każdy śniadaniuje czym lubi…
7:30 – praca rozpoczęta. Dziury różne – kwadratowe i podłużne. Jedna – największa, najgłębsza. I to nad nią najpierw pochylili się ONI. No i bardzo dobrze, bo jak deszcz trochę popadał i dziura zamieniała się w kałużę to sąsiedzi na parterze mieli okna myte, gdy tylko jakiś samochód w nią wjechał. Taki był rozbryzg. No ale nic, myślę sobie, że nasypią tam jakiegoś specyfiku, zaleją czarną mazią i wezmą się za następną.

Ale nieeeeeee… Ale nieeeeeeee…..

W końcu to fachowcy – widocznie uznali, że trzeba dziurę oczyścić i przygotować do prac właściwych. No i pan z młotem pruć zaczął asfalt dookoła. Reszta załogi zajęła się mniejszymi dziurkami oczekując na wyniki pracy kolegi.
I oto o 7:30 odgłosy młota pneumatycznego wypełniły zakamarki podwórka, stawiając wszystkich mieszkańców kamienicy na równe nogi i wywołując u nich emocje porównywalne z informacją, że na pobliskiej melinie brakło wódki. Ci którzy chcieli pospać dłużej od razu przylgnęli do okna z wyrazem twarzy rzeźnika-amatora. A pan pruł ulicę dalej.
I tak się zapruł, że o 8:30 skończył. Nie wiedziałem, że da się zrobić dziurę większą niż szerokość ulicy – otóż da się. Co więcej, dziura była głębsza niż w wersji oryginalnej. Kierowcy, którzy dostali się cudem na ulicę musieli zwalniać do 10km/h żeby sobie podwozia nie urwać. No ale wszystko prowadziło do szczęśliwego finału. Podkład przygotowany – nic tylko lepić.

Ale niestety tu nastąpił sławetna „nieprzewidziana okoliczność przyrody”, która to objawiła się w postaci rury. Rury z wodą bieżącą, która to akurat przebiegała pod terenem prac drogowców. No i się do niej dokopali. A jak się dokopali to jeden z nich postanowił sprawdzić co to jest uderzając rytmicznie łopatą. A że każda akcja wywołuje jakąś reakcję to dziura zaczęła nagle wypełniać się H2O.
Dziura wprawdzie duża była, ale ilość wody przekroczyła najśmielsze marzenia panów drogowców bo po kilku chwilach zaczęła się wylewać z dziury na ulicę. Kierowcy mieli ubaw po pachy – nie dość, że zwężenie, nie dość, że roboty drogowe to jeszcze wszystko zalane wodą. Oczywiście drogowcy byli niezmiernie zaskoczeni rozwojem sytuacji i bezradnie rozłożyli ręce – w końcu nie są hydraulikami więc co ONI mogą… Mogą zadzwonić po pogotowie wodno-kanalizacyjne co jak mniemam uczynili.

Ja natomiast wiedziony częścią mojej kobiecej intuicji rozpocząłem przygotowania do kataklizmu i braku zasobów niezbędnych do życia, wlewając do wszystkich możliwych garnków i naczyń życiodajny płyn.
Po godzinie zjawiło się pogotowie. Popatrzyli, zakręcili wodę. Stwierdzili, że uszkodzona jest rura i pojechali. Ale po pół godzinie przyjechali inni. Wyszli i brodząc w brudnej wodzie po kostki rozpoczęli grzebanie tamże w celu wymiany tudzież reperacji uszkodzonej instalacji. No mniejsza z tym co robili, ja się tam nie znam na hydraulice. W międzyczasie panowie drogowcy przesuwali się dalej w gorę ulicy, ale jakoś im średnio szło. Ciepło się zrobiło, słonko zza chmur wyszło, wiosną zapachniało, a sklep po drugiej stronie ulicy. No to powiedźcie sami – jak tu się nie skusić na puszeczkę chłodnego żuberka? No jak? No nie da się. Trzeba. Taki przymus.

A tymczasem niespodziewanie dla mieszkańców kamienicy nadeszła pora obiadowa. Wprawdzie można konsumować surowe ziemniaki albo na przykład chrupiący makaron ale teka perspektywa jakoś się sąsiadom nie podobała.
Mało przyjaźnie postanowili zasięgnąć informacji – kiedy będzie woda i dlaczego jej jeszcze nie ma? „Będzie jak skończymy”. A kiedy skończycie? „Skończymy jak będzie naprawione”. Dyskusja trwała w najlepsze, ale nie prowadziła do jakiś konstruktywnych wniosków podnosząc jedynie adrenalinę w żyłach mieszkańców.
Apokalipsa… Płaczące dzieci (zawsze płaczą), krzyczące kobiety, najebany sąsiad. Wszyscy głodni bez perspektyw na posiłek.

A u mnie wesoło pod przykrywkami bulgotał sos do spaghetti, w drugim garnku makaron robił się aldente – pełnia obiadowego szczęścia. Nagle – dzwonek do drzwi. Sąsiad – pyta czy jest u mnie woda. Zasadniczo – odpowiadam – jest. Tyle, że nie w kranie. Ale, że uprzejmy jestem z sąsiadami żyję dobrze to garnek dałem. Dzieci mają w rodzinie – niech choć zupę ugotują. Ot nieszczęście ich spotkało to pomogę, a co!
Zjadłem, wyjdę nakarmić raka, popatrzę co tam u fachurów na zewnątrz. Rura wymieniona chyba, woda się nie sączy nawet jak ją puścili. Hydropanowie się spakowali i pojechali. Myślę sobie: teraz drogowcy dokończa co spiep… zaczęli.

Ale nieeeeeee… Ale nieeeeeeee…..

Bo oto na czasomierzach wybiła godzina fajrantu. Nawet nie myślałem, że można się tak po prostu zwinąć i to w tempie, którego pozazdrościć mógłby Kubica w swoim nowym bolidzie. Szast – prast i nie ma. Nie ma drogowców, nie ma sprzętu, normalnie niczego nie ma.
Pardon – został znak drogowy i barierka. No i oczywiście zajebiaszczo, wyjebiaszcza dziura

Co dalej z wyrwą w drodze? Dnia następnego o 7:00 przybyli ONI. I w pół godziny dziura wypełniła się gorącym lepikiem co zakończyło walkę z odwiecznym wrogiem drogowców. Panowie posunęli się krok do przodu w wielkopomnym dziele jakim jest walnięcie kliku łat na tak bliskiej mi ulicy. Woda płynęła szerokim, kranowym strumieniem. Sąsiedzi z parteru oglądali świat w czystych szybach.
A „Żubra” w sklepie zabrakło…